|
Polowanie - zwierzyna i myśliwi
Tak moi waćpanowie, ten kto w wojsku służył, ten wie, że czasami nie jest łatwo. Jam
też w kamasze przyodzian był, choć dawne to były dzieje. Pod starym Rogerem de Mornay,
Szalonym Dzikiem zwanym służyłem w wojnach carcassońskich, tamże oko straciłem i kulasa
lewego mi przetrącili, ledwiem wyżył. Pod Morwell wielka to bitwa była, oj wielka, jakeśmy
się z wojskami Zygfryda Wąsacza, znaczy się von Garchdena po familii, starli. Dwakroć
po dziesięć tysięcy luda było po naszej stronie, w tym nieomal trzy tysiące kopii ciężkiej
jazdy z Caenur i Loddirru, a przeciw nam dziesięć tysięcy wściekłych carcassończykow, z ich
Czerwoną Rotą ciężkiej jazdy, co nią sam Zygfryd dowodził - ze dwa tysiące konnych. Zygfryd
- jak wiecie moi panowie - na odsiecz oblężonemu przez nas Morwell pospieszył. A że służby
nasze tajne najzwyklej w świecie dupy dały, to i udało mu się nas zaskoczyć. Parę tysięcy chłopa,
głównie z tych co na zapleczu stali, już w pierwszym natarciu padło, gdy Czerwona Rota
na nasze magazyny i lazarety wpadła.
Potem żeśmy odparli atak i jatki sie zaczęły na pod-Morwellskim polu. Wtedy książę
Rappick, co miasta bronił, ze zbrojnym wypadem na pomoc Zygfrydowi ruszył... i wtedy żem
rohatynę na facjatę przyjął, szczęściem ino oko mi wybiło. A potem jeszcze cwałująca carcassońska
kobyła kulasa mi zdeptała, nieprawda to bowiem moi panowie, że koń na człowieka nie nastąpi.
A jak ma nie nastąpić,jak wszędzie ludziska pokotem leżą, i ni ma gdzie kopyta na gołej
ziemi postawić. A po drugie przeca, konie Czerwonej Roty specjalnie uczone były, co by
powalonych wrogów tratować...
Ale tak, macie rację mościapanno, od tematu odbiegłem troszku i na przechwałki żem zeszedł.
A tu przecie historyja nie do końca opowiedziana. Ale żem nie bez kozery o wojowaniu wspomniał,
choć przeca nasza kompanija nic o bitwie pod Morwell wiedzieć nie mogła, bo w ich czasach
Zygfryd von Garchden jeszcze w pieluchy robił, Sebastian de Mornay, ojciec Rogera, zawzięcie
żonkę chędożył i nie wiedział jeszcze, że wkrótce potomka się dorobi, zaś księcia Rappicka
z Morwell nie było nawet w planach, a jego ojciec w naszym loszku w Lasamis za podburzanie chłopów
przeciw królowi siedział.
czytaj dalej... ->
Ale wojsko jest wojsko, a służba to służba. Może nawet gorsza ci służba w bractwie tajnym, niźli
w armii. Jakeś woj, to rozkazom się nie sprzeciwisz, boć wiesz, że to mądrzejsi ludzie dowodzą
(acz nie zawsze), no i dla dobra ojczyzny sie bijesz. W bractwach tajnych straszne misje powierzane
są i sprzeciwiać się nie lza, bo wiesz, że ze sztyletem w plecach skończyć możesz i to bez dania
pardonu, bez sądu i bez sprawy wyjaśnienia.
Tak też uszczupliła się nasza kompanija o Svena, gdy w Komarowie na nocleg stanęli. Spotkali
oni bowiem niejakiego Michela Gibsona, starszego w bractwie, który w tejże samej karczmie się
zatrzymał a misję tajną miał do wypełnienia. Stopniem wyższy, zażądał, by Sven z nim wyruszył
i w misji mu dopomógł. I co mieli zrobić kompani? Rozkaz to rozkaz. A imć Gibson trzy diamenciki
na swej winogronowej broszy nosił...
Tak więc z piątki kompanija znowu w czwórkę się zmieniła. Pokonawszy potwora, znaczy się wilkołaka
mieli z powrotem do zamku de Agostinich ruszyć, do hrabiny Natalii, by sprawę jej zdać i list
od niej odebrać. Bo od tego listu spełnienie misji zależało, a przez to życie ich.
Mościapanno, gardłować nie trzeba, przeca wiem, że panienka nie słyszała, boć wyszła z tym
przystojnym oficyjerem... nie, nic nie imputuję, i nie moja to rzecz. Gwarantuję też, że
nikt poza tu obecnymi o sprawie się nie dowie i szanownej matce waćpanny, wielmożnej Gertrudzie
nie doniesie. Skąd ja tyle wiem? Dyć to mój zawód, mościapanno, dużo wiedzieć. Także i to,
żeś z baronetem Leopoldem z Carricków zaręczona...
Dobrze, już dobrze. Opowiem co się działo od chwili, gdy Goey''drin wilkołaka zobaczył.
Srodze, oj srodze kompanija się przestraszyła. I uradziła, co by do świtania w jaskini
przeczekać i ogniem się zabarykadować. Pierwszy raz napadł ich Hugon w wilkołaczej postaci
zaraz gdy pierwszy ogień podłożyli i świerka, co go Sven ściął podpalili. Martin jednakoż
na pomysł wpadł i linę zaczarował co kulasy stworowi spętała. Ten ucieczką na skały
salwować się musiał, na samych łapach się na pionową ścianę wspiął i z życiem uszedł.
I w samą porę, bo Sven nieomal ducha wyzionął.
Drugi raz wilkołak uderzył już późno w noc, gdy Kal z Goeyl'drinem ogień podsycali. Biedny
niziołek omal głowy o skałę nie roztrzaskał, elf zaś w ogień rzucon poparzył się deczko.
Wilkołak do jaskini wpadł, a tam mu Martin - co się niewidzialny zrobił - i Sven odpór dali.
Martin to sztylet magiczny w plecy wilkołaka wraził, korzystając z okazyi, że potwór do
nadbiegającego elfa się odwrócił i łapą go chlasnął. O mały włos czarodziej życiem tego
nie przypłacił, bo go Sven po plecach toporem przejechał - szczęściem trzonkiem ino. Nie Svena
to jednak wina, boć czarodzieja magicznym sposobem ukrytego widzieć nie mógł. Może nawet tym
pchnięciem dopomógł Martinowi, siłę ciosu zwiększając tak, że wilkołak ranion mocno z jaskini
zbiegł.
Do rana nic już kompanów nie niepokoiło. Nadzieję mieli, że Hugon za dnia się odmieni i
pamiętać nic nie będzie - wyszli więc z jaskini. Ale tu ich niespodzianka spotkała. Hugona
nigdzie widać nie było, za to wilków wszędzie pełno. No i zagoniły one kompanów spowrotem do
jaskini, czego Goeyl'drin, mocno przez wilkołaka poturbowan, omal życiem nie przypłacił.
Zoczyli bohaterowie nasi wielkiego wilka, ze srebrzystą grzywą, co jakby pozostałymi dowodził.
Martin swego wychowańca, kruka, wypuścił, co by się bliżej przyjrzeć i wtedy ranę na grzbiecie
wilka zobaczył. I dowiedzieli się wszyscy, dlaczego Hugona nie znaleźli - w wilka on ci się
przemienił!
Straszna to była nowina, ale już kompanija wiedziała, że wystarczy herszta, wilka
srebrzystogrzywego ubić, by resztę watahy rozproszyć. Jak postanowili tak i zrobili, z pomocą
magicznej wybuchającej mikstury, co ją w pracowni alchemika na zamku znaleźli.
Zabić jednak herszta im się nie udało, przegonili go tylko. I Amber jego trop podjęła.
Cały dzień go tropili przez lasy, aż do jeziora. Tam go na wyspie, z dala od brzegu zobaczyli
i znalezioną łódką się na nią dostali (poza Svenem, co pierwszy wpław popłynął).
Na wyspie nic jednak nie znaleźli, jakby się Hugon pod ziemię zapadł (he, he, niemało w tym
prawdy było, ale kompanija o tym wiedzieć jeszcze nie mogła). Noc była blisko, postanowili
więc na wyspie do rana zostać.
Hugon był na wyspie, w jaskini zamaskowanej wyśmienicie, a nocą w świetle księżyca znów się
przemienił. I łódkę zniszczył, by druhowie uciec przed nim nie mogli.
Zoczył go jednak elf, gdy stwór ognisko obserwował i atak planował. I napadli go szybko. Amber
pnącza z ziemi wywołała, co wilkołaka wszak nie spętały, ale ruchy mu nieco spowolniły. Uwolnił
się on jednak i do kryjówki zbiegł. Nie zamknął jej dobrze za sobą i tym razem bohaterowie
opowieści naszej wejście znaleźli.
Jaskinia to była nie za duża. W jednej z komnat skrzynię znaleźli, ale jej dziwna śluzowa istota
pilnowała, co dotyk miała odrętwiający. Martin, znowu w niewidzialnej postaci, pierwszy pobiegł
wilkołaka szukać, za nim Sven. Znaleźli stwora w legowisku, gdzie ołtarz straszny stał i skrzynia
ze zrabowanymi dobrami, i tam go dobili - Martin znowu ze sztyletu magicznego korzystając, Sven
zaś toporem łeb mu odrąbał, a potem ciało spalił. Taki to koniec spotkał Hugona myśliwego, co się
lykantropią zaraził.
Zmęczeni i poturbowani bohaterowie postanowili nad ranem do Komarowa ruszyć. Dzień był
obrzydliwy i deszczowy, jak to w październiku bywa, a jeszcze ze sobą rannego i oszalałego
strażnika de Agostinich nieśli. Doszli do wsi już po zmierzchu, ale znani tam byli, więc
ich straż wpuściła i w gospodzie ,,Pod Złotozębym Jesiotrem'' na nocleg stanęli i tam właśnie
ranem Sven ich opuścił.
Co mogli zrobić pozostali? Nic, nic zupełnie. Pożegnali więc kompana z nadzieją na rychłe
spotkanie i poszli do Kolczego Sioła i Zamku, w którym hrabina Natalia ich czekała. Droga do
wsi spokojnie im minęła...
* * *
-- Już nie mogę - jęknął z bólem w głosie niziołek. - Nie dam rady. Musimy stanąć.
-- Daj spokój kurduplu. Już niedaleko. - odezwał się Martin. Również zmęczony, nogi
bolały go od całodziennego marszu. A zmierzch już był blisko. Nie uśmiechało mu się jednak
zostać na noc w lesie. Wioska musiała być już niedaleko. A im bliżej tym lepiej. Na stopach już
porobiły się odciski. Czarodzieje zdecydowanie nie powinni tyle chodzić. Ale co zrobić,
ich wóz czekał sobie pewnie spokojnie we wiosce do której właśnie szli. I - Martin miał taką
nadzieję - w bardzo blisko położonej wiosce.
-- To już bardzo blisko. - stwierdziła Amber. - Jeszcze tylko na to wzniesienie. Stamtąd
będzie już widać wieś i zamek.
-- Skąd ta pewność? - zapytał Goeyl'drin.
-- Jestem w okolicy o kilka tygodni dłużej niż wy. I poznałam ją dość dobrze. - odparła Amber.
- To na pewno to wzniesienie. Za nim będzie już kotlinka z wioską...
Druidka miała rację. Las kończył się na szczycie wzniesienia, droga dalej opadała zygzakiem
po dość stromym zboczu wzgórza. Opadała do wioski, położonej w większości na samym dnie
niewielkiej kotlinki. Za nią, na przeciwległym, jeszcze bardziej stromym wzgórzu szarzał zarys
zamku de Agostinich.
Słońce chyliło się już ku zachodowi. Jego promienie różowiły brzegi postrzępionych chmur
na zachodzie, oświetlały okolicę wyraźnie widocznymi czerwonawymi kolumnami światła. Na
północy i wschodzie niebo było ciemno szare, niemal już czarne - wisiała tam majestatycznie
gruba warstwa chmur. Nie było w ogóle wiatru, powietrze było chłodne i wilgotne.
-- Aj!!! Aj aj! Aaaaajjjj! - wrzasnął nagle niziołek.
Pozostała trójka odwróciła się w jego stronę. Kal stał parę kroków za nimi, z jedną ręką w
plecaku. Plecaku, który wyraźnie zmieniał barwę na ciemno czerwoną. Barwę krwi.
-- Kurwa, coś ty zrobił? - Wrzasnął elf.
-- Co ci, Kal? - zapytała niepewnie drżącym głosem Amber.
-- Jeszcze tylko tego brakowalo... - westchnął Kal.
-- Aj aj aj!!! - biadolił niziołek. Czerwona ciecz kapała już na ziemię przesączając się
przez płótno plecaka.
-- Co? Ręka? - druidka już przyklękła przy niziołku.
-- Mówiłem mu, żeby zdjął te swoje karwasze - westchnął Martin. - Prędzej sobie łapy obetnie
niż zrobi z nich użytek. No i masz, wykrakałem.
-- Po co nam złodziej bez palców? - zapytał sarkastycznie Goeyl'drin.
-- Spokojnie Kal. Tylko spokojnie. Teraz wyciągnij rękę z plecaka. - powiedziała Amber
sięgając już do swej sakwy po bandaże.
Niziołek powoli wyciągnął rękę z wnętrza torby. Ostrza karwaszy były wysunięte i wilgotne
od czerwonej cieczy. cała niewielka dłoń niziołka też była czerwona. Z zaciśniętej pięści
sterczało pęto wędzonej, suchej myśliwskiej kiełbasy. Również połyskujące czerwienią.
-- Nie ruszaj dłonią, bo może być gorzej. - powiedziała druidka. Płótno do opatrunku
miała już w ręku.
-- Co ja narobiłem. Oj oj! Taka strata. Aj aj aj! - biadolił niziołek. Upuszczony plecak
spadł na ziemię. I chlupnął.
-- Było nie żreć! - warknął elf.
-- Aj aj aj! Nie chciałem! Ostrza same się wysunęły. Jeszcze nie mam wprawy! Oj oj!
-- Będziesz miał nauczkę. - powiedział Martin.
Amber pociągnęła parę razy nosem. Potem zbliżyła twarz do dłoni niziołka, którą zaczynała
właśnie opatrywać. I znowu ją powąchała.
-- To jest...
-- Aj aj aj! Tyle wina zmarnowanego! Oj oj! Cały bukłak. Po brzegi pełny. Sam go kazałem
uzupełnić w Komarowie. Aj aj! Co teraz, taka strata!
Martin i Goeyl'drin popatrzyli na siebie. A potem wybuchnęli śmiechem. Amber też zaczęła się
śmiać.
-- No co! Co jest! Taka strata a wy rechoczecie! Co wy... myśleliście że ja sobie rękę...
-- Masz szczęście. - wydukał Martin pomiędzy spazmami śmiechu - Masz szczęście, że Svena
tu nie ma. On by ci dał nauczkę za zmarnowanie całego bukłaka wina!
-- O tak, masz szczęście! - powiedział elf, śmiejąc się cały czas i podchodząc do niziołka.
- Duże szczęście. Sven wali mocniej niż ja. - i to mówiąc Goeyl'drin chlasnął niziołka
dłonią przez czubek głowy.
-- No co, no co!
-- Zmarnowałeś wino. Kara musi być. A za bukłak i zawartość oddasz z własnej sakiewki.
- powiedział elf.
do góry
|
|
|
|
|