|
A teraz o tym, co się ze Svenem działo...
Sven, zwerbowany przez Michela Gibsona (kazał na siebie mówić ,,Miszel'', bo jego matka z
Akwitanii pochodziła i na ,,Majkela'' strasznie się obruszał) ruszył z nim do Agartali - miasta
nad Morzem błękitnym, w którym cała historia się zaczęła. Michel ścigał pewnego jegomościa,
nieznanego z imienia, który bractwu za skórę zalazł. Przewodnik Svena niewiele mówił o
szczegółach, nie był bowiem pewien na ile Sven jest wtajemniczony. Na pytania odpowiedział tylko,
że to przedstawiciel kultu tajnego, związanego z wyznawcami Nata-Kranty, bogini chaosu, zepsucia
i wynaturzeń. Jej symbolem są czaszki zrośnięte potylicami, jak bliźnięta syjamskie, sama zaś
bogini przedstawiana jest jako piękność o twarzach z obu stron głowy. Kult ten, zakazany we
wszystkich cywilizowanych krajach północy przygotowuje coś naprawdę złego... i okropnego. Sam
Michel niezbyt wiele wiedział, albo nie chciał powiedzieć Svenowi.
Jegomość, którego ścigali został namierzony kilka dni wcześniej w Bouvetcie i Michel ruszył
jego tropem. Razem ze Svenem dognali go dopiero w Agartali, po trzech dniach drogi, forsownej
jazdy konnej. I namierzyli go w jednej z karczm.
Wtedy Sven zobaczył tego kultystę po raz pierwszy. I rozpoznał go. Widział go już parę dni
wcześniej na zamku de Agostinich, gdy nocą konno przyjechał i prosto do hrabiego de Agostiniego
się udał. Blondyn, noszący się na ciemno - granatowy kubrak, czarna, gruba peleryna. Krótkie
włosy, mała domieszka elfiej krwi - widoczna tylko w kształcie kości policzkowych i kolorze oczu
- lawendowym fiolecie. Spod kubraka zawsze wystawał postawiony na sztorc śnieżnobiały kołnierz.
Kultysta zawsze nosił przy sobie broń, zakrzywioną szablę pochodzącą zapewne z dalekiego południa,
z rękojeścią zdobioną kamykami szlachetnymi.
Obserwowali kultystę cały czas. Ten zatrzymał się w jednej z przeciętnych karczm i nie
wychodził za dnia. W nocy zaś ruszał w teren, spotykał się z kupcami, rzemieślnikami i wielmożami.
Wszystko to było notowane przez Michela i na bieżąco przekazywane rezydentowi Bractwa w Agartali,
jubilerowi imieniem Gonzaga.
czytaj dalej... ->
Wolne chwile (czyli za dnia) Michel i Sven spędzali na odsypianiu nocy i ćwiczeniach - Michel
przeszkolił Svena w walce, pokazał parę sztuczek i nawet mimo fakty, że sam nie władał toporem,
to jego uwagi mocno się Svenowi przysłużyły.
Kultysta zabawił w Agartali ponad tydzień. I ruszył na południe, mało używanym traktem w
stronę Solymaru, a Michel i Sven wkrótce za nim. Dwa dni drogi na południe skręcili - za
wskazaniami miejscowych rybaków - na nikłą dróżkę w las, na wschód.
Po kolejnym dniu drogi dotarli do małej wioski, której mieszkańcy żyli głównie z bartnictwa,
zbieractwa i polowań. Nieopodal wioski znajdował się mały kasztel - w zasadzie tylko
jednopiętrowy drewniany pałacyk otoczony ostrokołem. Jak się dowiedzieli jego właścicielem
był niezbyt bogaty szlachcic, Leland Burchill.
Nocą, ukrywając się Michel i Sven usiłowali zakraść się do kasztelu. Zanim jednak zdołali to
zrobić, z pałacu wyszła dziwna procesja. Kilkanaście zakapturzonych osób z pochodniami udało
się w las, niosąc jakieś skrzyneczki.
Sven i Michel śledzili ich przez godzinę. Procesja zatrzymała się na polance, wśród stojących
w kręgu menhirów. I zaczął się dziwny rytuał. Na początku kultyści zarżnęli starszawego
człowieka, zapewne druida opiekującego się tą częścią lasu, a potem (jak stwierdził Michel)
zaczęli bezcześcić święte dla druidów miejsce, na koniec przywołując mglistą postać jakiejś
poczwarnej istoty. Jeden z kultystów rozmawiał z tą marą, a biła od tego taka zła magia, że
Sven o mało w portki nie narobił.
Rozmowa kultysty z istotą miała się zapewne ku końcowi, gdy istota ta wskazała jedną ze swoich
kończyn w stronę zaczajonych w chaszczach na brzegu polanki Svena i Michela.
No i Ci zaczęli uciekać. Pogoń deptała im po piętach. I dopadli do wioski, by się w niej skryć.
Michel włamał się do jakiejś chaty i przeczekać pogoń usiłował, ale na nic to się zdało.
Kultyści dopadli ich, i choć Michel dzielnie stawał, padł pod ciosami sztyletów i mieczy.
Sven magicznie ogłuszony został przez jednego z kultystów. Tak skutecznie, że inni uznali
go za martwego i blondyn kazał go do wychodka wrzucić, po czym spalić całą wioskę.
Ledwie żywy Sven przeżył do rana, by obudzić się wśród zgliszczy - z dziesięciu chałup nie
pozostała w całości ani jedna. Wyciągnęła go para nastolatków, którzy noc spędzili w lesie
na słodkich zabawach, i to im życie uratowało.
Umywszy się w strumieniu, nie znalazłszy po kultystach śladu (kasztel został opuszczony i spalony,
również tam trupów było co niemiara) Sven ruszył z powrotem do Agartali.
Tam skontaktował się z Gonzagą, rezydentem Bractwa, a ten przekazał mu, iż blond włosy kultysta
wyruszył w stronę Bouvetty i to nie sam. No i pognał Sven, co koń wyskoczy.
26-go października około południa Sven był już w mieście. Tam skontaktował się s Simonem, z pozoru
rzemieślnikiem rymarskim, a w rzeczywistości rezydentem Bractwa. Ten zasięgnął szybko języka
i dowiedział się, że blondyn był faktycznie w mieście i wczoraj widziano go w karczmie
,,Bursztynowy Paw''.
Simon nie miał do zaoferowania zbyt wielkiej pomocy, bo ludzie Bractwa byli w większości w
rozjazdach. Była dostępna jedynie mało doświadczona grupa, zwerbowana jakiś miesiąc temu. Z opisu
Sven domyślił się o kogo chodzi. I ruszył w popołudniowym, październikowym słońcu do karczmy
,,Pod czarnym lisem''. Ruszył z zadaniem aby odnaleźć, a jeśli to możliwe złapać lub
unieszkodliwić blond włosego kultystę i ujawnić wszystkich jego współpracowników.
do góry
|
|
|
|
|