|
Ból, potworny ból. Boli cię wszystko. Ręce, nogi, rany. Boli cię całe ciało. Leżysz na
twardych kamieniach, boleśnie wgniatając sobie plecy i potylicę. i nie możesz się ruszyć,
jakby przygniatał ciebie cały świat.
Jakaś postać. Gdzieś z boku pali się świeca, lub kilka świec. Czujesz swąd spalenizny i widzisz
cień rzucany na sufit przez małą, zgarbioną postać. A może nie małą... trudno powiedzieć. Nie
możesz odwrócić głowy. Jak przez mgłę słyszysz, że mruczy coś do siebie pod nosem, ale nie
rozpoznajesz słów. Jakiś obcy język, może magiczna inkantacja. A może po prostu twój umysł
jest zbyt skołowany by rozpoznać poszczególne słowa.
Cień zaczyna poruszać się wokół ciebie, ale ty możesz tylko gapić się w sufit, nawet poruszanie
gałkami ocznymi sprawia potworny ból. Oczy łzawią ci niemiłosiernie. Wokół roznosi się dziwny
zapach. Słodki zapach. Perfumy? Kadzidła? Któż to wie. Łzy mimowolnie spływają ci po policzkach.
Bardzo dziwny zapach. Kręci cię w nosie, gardło masz wyschnięte jak po tygodniu na pustyni.
Niewidoczna postać chodzi dookoła Ciebie. Słyszysz jej kroki, powolne i miarowe. Słyszysz słowa,
ale nie rozpoznajesz żadnego z nich. Tylko ten zapach. Głos jest monotonny, i jednostajny, choć
słowa się zmieniają. Chyba. Niczego już nie jesteś pewien.
Zawroty głowy. Wszystko zaczyna wirować, czujesz mdłości. Z boków napływają pasemka zielonej
mgły. Zielonej, przeźroczystej i świecącej mgły. Coraz więcej pasemek, które zaczynają przed
twoimi ledwie widzącymi oczami łączyć się ze sobą. Jest ich coraz więcej i więcej. W głowie ci się
kręci, czujesz, ze zaraz zwymiotujesz. Gdyby tylko było czym... Zielona, świecąca mgiełka rozrasta
się nad twoją głową. To już nie pojedyncze pasemka, to już duży tuman świecącej, zielonkawej mgły.
Czyżby... Mgła zdaje się przyjmować jakiś kształt. A może to tylko złudzenie. Już nie jest
całkowicie przeźroczysta, nie widzisz przez nią kamiennego sufitu. Tylko mgła, zielona,
świecąca coraz mocniej. Widzisz już głowę, tak wyraźnie... nie, znowu się rozmyło... A tam, po
bokach, czy to ręce? Dziwne kształty z zielonej mgły majaczą ci przed oczami. Załzawionymi,
bolącymi oczami. Tak, to na pewno głowa. Rozpoznajesz już nos, usta i oczy. Rozmazane i falujące -
może dlatego, że zrobione z mgły, a może po prostu oszukuje cię twój rozedrgany wzrok.
czytaj dalej... ->
Ciągle słyszysz dziwne słowa. Słowa istoty chodzącej wokół ciebie. Nie rozpoznajesz ich, ale
wdzierają się do twojego umysłu. Każde z nich jest jak ukłucie szpilki. I każde następne coraz
silniejsze. Postać z zielonej mgły unosi się nad tobą. Porusza ustami. Czy to ona powtarza te
słowa? Słowa, które wbijają się w twoją jaźń jak sztylety. Sztylety, coraz dłuższe i ostrzejsze,
wbijają się coraz głębiej sztylety słów. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Usta nie chcą się
otworzyć, głos nie chce się z nich wydobyć. Potworny ból. Sztylety wbijające się w twoją głowę.
Słowa docierające do samego środka twojej jaźni. Tak głęboko, że nie wiedziałeś, że to możliwe.
Sztylety. Słowa. Sztylety - słowa. Sztylety zrobione ze słów. Potwornie ostre sztylety zrobione
ze słów, świecących magicznych runów. Widzisz je, widzisz jak żarzą się potwornym, zielonkawym
światłem, rozbłyskując oślepiająco, gdy wbijają się wgłąb ciebie. Sztylety ze słów. Nie chcesz.
Nie możesz. Nie powiesz. Nie zdradzisz...
Postać z zielonej mgły chwyta cię za głowę rekami. Tak, to na pewno ręce, te zielone, świecące
podłużne tumany. Czujesz chłód na skroniach. Twarz mgły zbliża się do twojej twarzy, cały czas
powtarzając słowa. Magiczne sztylety słów jakby wydobywały się wprost z jej ust. Zielonkawa,
świecąca twarz z mgły jest coraz bliżej, coraz niżej. Niemal cię dotyka. Czujesz jej chłód.
Czujesz dziwny słodkawy zapach. Zielony zapach falującej tuż przed oczami mgły. Twoje usta
otwierają się mimowolnie, jak w niemym krzyku. Czujesz w nich chłód, potworny chłód, od którego
język staje ci kołkiem, a wargi pękają boleśnie. A po chwili czujesz smak. Zielony smak. Tak
na pewno smakuje zielony kolor. Zielona mgła. Zielona istota. Chłód i smak są już w twoim przełyku.
Przez łzy widzisz jak tuman mgły wlatuje do twoich otwartych ust, jakby wciągany przez coś.
Czujesz zimno, rozlewające się po płucach i po całej głowie. Czujesz lodowate ukłucia w serce.
Ból, potworny ból nie do wytrzymania. Ciemno robi ci się przed oczami. Chłód, zielony chłód
dociera do najdalszych zakamarków twego ciała. Nic już nie widzisz. Tylko ciemność. Tylko ciemność.
Ból mija.
Ciemność.
Wszechogarniająca ciemność.
Ciemność, która ma zielony kolor.
* * *
Żar leje się z nieba. Nogi zapadają się po łydki w rozżarzonym piasku. Krok za krokiem, z
wysiłkiem podążasz przed siebie. Podążasz przez piaszczystą, spaloną słońcem pustynię. Pot
ścieka po wszystkich częściach twojego ciała. Ścieka i paruje. Potwornie gorąco. Żar wypala skórę,
wypala oczy. Usta dawno już ci wyschły, spękane wargi krwawią. Krew ścieka na twoją brodę i tam
odparowuje, tworząc wielkie skrzepy. Potwornie gorąco. Stojące gdzieś wysoko słońce odbija się w
każdym najmniejszym ziarenku piasku wypalając ci oczy.
Woda. Choć kropla wody. Pot wysycha zbyt szybko, by zdążyć go choćby posmakować, zwilżyć usta
tą odrobiną wilgoci. Potworny żar. Ciężko ci się oddycha, jakbyś był w środku hutniczego pieca.
W oddali widzisz jakiś ciemny kształt. Oaza? Może chociaż skrawek cienia? Czy to aby nie miraż.
Mimowolnie przyspieszasz kroku. Może to ratunek. Upragniony odpoczynek od lejącego się z nieba
żaru. Potwornego, wszechobecnego gorąca wypalającego oczy, nos usta i skórę.
Cień. Wreszcie. Padasz na kolana i obsypujesz się chłodnym, lekko wilgotnym piaskiem. Masz
nadzieję, że to nie majaki. Nie, naprawdę czujesz tą wilgoć. Życiodajną, chłodną wilgoć. Padasz
na mokry piasek i zatapiasz się w nim. Tak przyjemnie. Chłodno. Oddychasz głęboko. Nawet
powietrze jest tutaj chłodniejsze. Kładziesz się na plecach i oddychasz głęboko. Słońce już cię
nie praży. Cień, życiodajny cień i chłód.
Nad tobą góruje winorośl. Duże, rozłożyste i ciemnozielone liście zasłaniają słońce. Liście
są wilgotne, pokryte rosą. Po grubszych i cieńszych pędach płyną niemalże małe strumyki. Jak to
możliwe w tym żarze wypalającym wszystko dookoła? Zastanawiasz się przez chwilę, ale tylko przez
chwilę. Bogom dziękować, że ta winorośl tu jest.
Czujesz pragnienie. Wyschnięte usta, wyschnięte gardło. Język suchy jak wiór. Widzisz kiść
winogrona, wisi nad tobą. Duża, ciężka, jasnozielona i błyszcząca. Wisi tuż nad tobą, wydaje ci
się jakby to sama winorośl ci ją podawała. A może to tylko gałąź się ugina pod ciężarem około
setki dużych gron. Wstajesz. Winogrono jest piękne. Błyszczy od rosy krzesząc dookoła tęczowe
iskry. Sięgasz po nie ręką. Ucieka ci. Ucieka? Może to tylko twój spalony słońcem umysł podsuwa
ci dziwne wizje. Przecież winogrona nie uciekają.
Łapiesz je gwałtownym ruchem i zrywasz. Stawia opór. Ale ty jesteś spragniony, głodny. Wyrywasz
wreszcie całą kiść. Trzymasz ją w rekach. Ciężka, wilgotna i chłodna. I taka piękna. Widzisz swą
postać odbijającą się w każdej kropelce rosy pokrywającej wielkie grona. Unosisz kiść do ust,
otwierasz je. Wgryzasz się w winogrono, odgryzając na raz po parę gron. Są soczyste, chłodne.
Czujesz błogi, kwaśno-słodki smak soku spływającego ci do gardła. Jeszcze jeden kęs, jeszcze
jeden. Grona z trzaskiem pękają pod naciskiem twoich zębów, wypełniając twe usta sokiem. Jego
strużki ściekają ci po brodzie i kapią na piasek. Takie słodkie. Dobre. Jest ci błogo.
Od tej błogości kręci ci się w głowie. Nie wiesz jak długo nie jadłeś nic, ani nie piłeś.
Tak dobrze... Zataczasz się. Lekko otumaniony rozkoszą wilgoci w ustach, w gardle, w żołądku i
na skórze.
Zamykasz oczy i delektujesz się smakiem winogron.
Kręci ci się w głowie. Padasz na kolana. Otwierasz oczy. Nie trzymasz już pięknej srebrzącej
się kiści. Jest wyschnięta, poskręcana, łamie ci się w dłoniach. Smakuje jak trociny. Czujesz je
niemal w ustach. Czujesz jak połknięte ostre trociny ranią ci gardło, przełyk, żołądek. Ból.
Rzucasz się na piasek. Coś cię oplątuje. Wilgotne zielone pędy pętają ci ręce, nogi i głowę,
przytrzymując ciało na wznak. Krzyczysz z potwornego bólu w trzewiach. Otwierasz szeroko usta,
wylatują z nich wyschnięte trociny. Patrzysz do góry. Wisi tam kiść winogron, wielka, wydaje
się olbrzymia. Potężne błyszczące, zielonkawe grona. Świecą mdłym,zielonym blaskiem w otaczającej
ciemności. Kiedy ona zapadła? Nie wiesz.
Jedno z gron powoli odrywa się od kiści. Jest ogromne, połyskuje kropelkami rosy. Wielkie jak
twoja głowa. Spada. Prosto na ciebie. Czujesz potworny ból w roztrzaskanym udzie. Grono pęka,
rozbryzgując na boki strumienie zielonkawego soku. Chcesz go złapać trochę w otwarte usta,
ale nie możesz. Nie sięgasz, przywiązany do gruntu zaciskającymi się pędami. A usta masz pełne
trocin.
Spadają następne grona. Wielkie, piękne. Gruchoczą ci bark, miednicę, wciskają w brzuch. Czujesz
jakby twoje trzewia próbowały przecisnąć się przed gardło. Wokół pełno soku z rozbitych gron.
Drobne jego kropelki unoszą się nad tobą.
Spadają następne pociski. Kropelki tworzą już zielonkawą mgiełkę wokół ciebie. Wielkie jak głowa
grona gruchoczą ci pierś, ręce, kolana i stopy. Przy każdym uderzeniu usiłujesz zwinąć się z bólu,
ale nie możesz, jesteś przywiązany. Mgiełka formuje się w jakiś kształt. Ludzki kształt zielonej
postaci zrobionej z mgły. Uśmiecha się do ciebie. Ma zielone, świecące upiornie oczy. Uśmiecha się?
A może coś mówi.
Kolejne grono odrywa się od wiszącej nad twoją głową kiści. Mglista postać trąca je lekko w locie.
Widzisz wszystko jak w zwolnionym tempie. Piękne, jasnozielone winne grono połyskuje kropelkami
rosy. Jest coraz bliżej. Coraz bliżej twojej głowy. Wiesz, że ją roztrzaska jak wydmuszkę.
Czemu zerwałeś to winogrono. czemu je zniszczyłeś?
Czemu? Winogrono.
Słyszysz trzask kości. Kości twojej czaszki.
Nie można. Nie wolno.
Umierasz.
do góry
|
|
|
|
|